poniedziałek, 7 lipca 2014

Po prostu pytam: o katolików protestowanie...

Gwarancja zbawienia – mega sprawa!
Ostatnio jednak mam wrażenie, że czasu na modlitwę nie ma – bo trzeba protestować.
Czy to zmasowany atak na Kościół, który każe katolikom stanąć na barykadach i walczyć?
A może w tej swojej waleczności pogubiliśmy gdzieś zdrowy rozsądek?
Może staliśmy się agencją reklamową, która nagłaśnia - nie tyle co łaska – ale potocznie mówiąc „za free”, wszystko co jej się podłoży?

Stajemy w obronie wiary i moralnych zasad, czy lejemy wodę na młyn walczącym z Kościołem?
Ostatnio przypomina mi to wodospad, który może być autodestrukcyjny...
Ale od początku!

Zdarza się, że przyznaję komuś rację, bo w większości przypadków – w moim przekonaniu – to ja ją mam. Tak natura, geny, czy jeszcze coś innego. Nie ma to większego znaczenia.

Tym razem jednak, po prostu pytam...
Nie wiem kto ma racje. Jak znaleźć złoty środek.
Nie znaczy to oczywiście, że nie podejmuję próby szukania.
Znalezienie może nie być łatwe, bo trudno mi ustawić się w tym przepadku tylko w roli obserwatora.



Walka w obronie prof. Chazana, a właściwie w obronie klauzuli sumienia.
Bojkot spektaklu Golgota Picnic.
Sprzeciw wobec rzeźby niedźwiedzia i byka na Pl. Trzech Krzyży.
Protest przeciwko warsztatom jogi w Poznaniu.


Krok po kroku...sprzeciw po sprzeciwie:

Co do sprawy prof. Chazana nie mam wątpliwości. Nie będzie to tekst rozkładający całe to dziwne zamieszanie na części pierwsze, bo nie o tym dziś. Na moją złotówkę szpital może liczyć.

Kolejne trzy sprawy, a lista mogłaby być o wiele dłuższa, wydają się nieco bardziej skomplikowane.

Kilka dni temu na wpolityce.pl zobaczyłam nagłówek
„Gdyby nie sprzeciw katolików, nikt nie dowiedziałby się o Golgota Picnic”


Autor, zapewne napisał to w sensie pozytywnym, czyli: dobra robota katole!
Ale czy przypadkiem nie można mówić też o darmowej reklamie spektaklu, który chce się bojkotować? Czy nie zrobiono przysługi twórcom i środowiskom antykościelnym?
Gdyby na ulicy zapytać ludzi, jaką sztukę teatralną kojarzą, odpowiedzieliby zapewne o niszowej (do czasu) Golgocie P.
To co w całej sprawie jest dla mnie bulwersujące, to dotacja państwowa na ten cel. Organizatorzy rozsyłali maile, proponując darmowe wejściówki. A wielu młodych twórców czeka choćby na kilka groszy dofinansowania. Przecież to sam Mistrz, Krzysztof Kieślowski mówił, że w PRLu filmy robiło się łatwiej – bo łatwiej było o fundusze. Więc czemu Golgota Pe.?

A tak na marginesie, komu w tym zapale do walki o zablokowanie Golgoty Picnic chciało się sztukę przeczytać? Kto wysilił się i na youtube.com poszukał nagranego spektaklu?
#nieznamsiętosięwypowiem

Nie hossa i bessa, a złoty cielec.
Piątek, piąteczek, piątunio - a media donoszą, że nie ma zgodny mieszkańców i proboszcza parafii na Pl. Trzech Krzyży, na rzeźbę byka i niedźwiedzia.
Zwierzaki będące symbolem wzrostu i spowolnienia na giełdzie, okazały się przypominać złotego cielca.
Społeczność lokalną rozumiem. Może jakby mi pod blokiem chcieli postawić, też bym protestowała.
Raczej jednak napisałabym pismo do władz dzielnicy, czy miasta.
Rolę Boga w tym sprzeciwie ograniczyłbym bardziej do porannej Zdrowaśki za dobry dzień.
#mieszaniesacrumzprofanum

300 osób ćwiczy jogę w poznańskim parku. Gazeta Wyborcza upatruje w tym reklamy na frona.pl

Portal rzecz jasna warsztaty jogi bojkotował. Z ekspertami od zagrożeń duchowych nie dyskutuję, to oni, a nie ja, się w tym specjalizują. Jeśli jednak przyjmiemy, że joga to zło, to powstaje pytanie, czy ciała wygibanie nie zawdzięcza forndzie.pl reklamy? Czy mówiąc ludziom, totalnie nieuświadomionym, o zagrożeniu duchowym, jakim ma być robienie świecy, czy leżenie w rękami w górze (a poziomie początkowym wielkie figury w grę nie wchodzą), nie zaciekawiamy, no i czy i nie ośmieszamy?
Nie jogi, siebie.
Wygląda to nieco jak z dzieckiem. Jeśli czegoś niewolno - a dokładnie nie rozumie maluch dlaczego - to bardzo tego chce.
#powiemcijakniewolnorobic

Przeglądając portale katolickie, ale wertując też strony wierzącym mało przychylne, wciąż czytam o protestach. Wciąż ktoś proponuje, bym pod jakimś się podpisała.

I właściwie, to ja już jestem zmęczona.

Może właśnie o to chodzi, żeby odpuścić, żeby katoli pozbawić zapału do walki o lepszy świat?
A może...zgubiliśmy gdzieś sporo radości, jaką daje gwarancja życia wiecznego w raju?
I to czego najbardziej się obawiam – a co usłyszałam dziś od znajomego katola (serdecznie pozdrawiam:) - jak przyjdzie walczyć o coś naprawdę ważnego, to będziemy już zmęczeni i wypaleni.
Nie wiem.
Po prostu pytam albo zwyczaje się zastanawiam.

*dlaczego krytykuję – ja katol – sprawy związane z Kościołem, w momencie gdy atakujących jest tak wielu?
Kiedyś zaniechałam działania. Konsekwencje...lepiej nie wspominać.
A zresztą, sory taki zawód.

czwartek, 19 czerwca 2014

I czwarta władza tę rękę...


zamach na wolność słowa, traktujemy personalnie.

Wejście prokuratora do redakcji tygodnika Wprost, to strzał w kolano, a może nawet w głowę.
Dlaczego można bezkarnie przez lata uniknąć zmasowanej krytyki, mimo że potknięcia, poważne wywrotki, a nawet 'zaliczanie gleby' zdarza się co kilka kroków, a wysłanie ABW i prokuratora do jednego z mediów, organizuje i scala dziennikarski światek* z różnych bajek we wspólnej walce?
*(poza wyjątkami, ale stanów chorobowych nie będę analizować).

Oczywiście walka odbywa się o wolność słowa, ale wiele razy powinna się odbywać o interes państwa i obywateli, ale jakoś na udeptanej ziemi nie stawiali się wszyscy. Wielokrotnie bulwersujące sprawy, po prostu jakoś tak same się rozchodziły.

Podniesienie ręki na media, to jednak zupełnie coś innego. Dziennikarze zaciekle bronią i bronić będą wolności słowa, ale to nie wszystko. Aby zrozumieć, czym jest atak na media, trzeba nieco spostrzegawczości, inteligencji emocjonalne i w ogóle inteligencji.

Dziennikarz, to nie zawód. Poczynając od zaparzających kawę, przez wyszukujących informacje, zapowiadających piosenki, wydzwaniających gości, przygotowujących materiały, piszących blogi, przeprowadzających wywiady itd. itd., a kończąc na decydujących o tym co i gdzie się pojawi - wszyscy jesteśmy w swoim POWOŁANIU zakochani. I w sobie częściowo też.

Ego rozdęte w zależności od etapu kariery i przede wszystkim charakteru. Mamy się - w sumie sami nie wiemy dlaczego - za naprawdę ważnych.
Nasze 40 sekund na wizji, 2 minuty na antenie, kolumna na papierze, wpis na bloga etc. - zmienia świat!
Można się z tego ego śmiać. Choć raczej należałoby współczuć, bo nie jest łatwo z tym żyć. Dochodzi do tego uzależnienie od informacji, poczucie że zawsze trzeba wiedzieć co się dzieje. W dobie internetu i smartfonów (wielu z nas chciałoby choćby umieć wyłączyć Twittera) jesteśmy wciąż podpięci do informacji. Nie możemy się odłączyć, bo coś ważnego nas ominie. Nie zdążmy zareagować, nie będziemy w temacie...no świat runie!
Niektórym włącza się też 'wieczny obserwator'. Nigdy nie jest się wtedy częścią tłumu, czy grupy. To nie pozwoliłoby obserwować, zrozumieć, analizować. Męczące serio.
Bywa też fajnie, bo skoro ta praca to nasza misja (zazwyczaj specjalna! - znów ego). Pocieszający jest na przykład widok innego dziennikarza, którego ego, to wielkolud przy naszym.

Po co ten wpis, niczym z pamiętniczka? Otóż, podniesienie ręki na media, to uderzenie w ego każdego dziennikarza. Z jednej strony więc sprzeciwiamy się w obronie wolności słowa, z drugiej ten atak traktujemy bardzo personalnie. A co to daje, można było zobaczyć gdy ABW weszła do siedziby Wprost.

Byłabym więc ostrożna na miejscu atakujących, wchodzących, żądających wydania materiałów etc. Ale także w przypadku takich wezwań, jak to, które wyczytałam na fronda.pl
"Prof. Andrzej Nowak wzywa do zorganizowania Majdanów przed TVN, TVP i Wyborczą!"

Oczywiście to wezwanie do Majdanów nie zjednoczy środowiska tak jak wejście ABW, raczej zgodnie z tradycją podzieli.
Na pewno wywoła agresję, działanie skierowane na pikietujących, którzy już jako grupki rozproszone na różnych Majdanch będą wyglądać śmiesznie.
Dajcie raczej ludziom szansę przejrzeć na oczy, a nie zrażajcie do siebie tych, którzy gdzieś parzą kawę, przyszli na praktyki albo robią w kiepskim miejscu dobrą robotę.
Jak nawrzeszczycie w czasie jakieś manifestacji na młodą dziennikareczkę, dlatego że ma na mikrofonie taką a nie inną kostkę, to jeśli to dziewczę do tego czasu było nieznające się na polityce, to za atak personalny będzie Wam uprzyjemniać życie do końca swojej pracy zawodowej.
Z dziennikarzami jest taki problem - że wszystko personalnie, ale nie jako 'ja-Jan Kowalski' ale jako 'ja-dziennikarz'.






poniedziałek, 3 marca 2014

O co chodzi z Kamieniami na Szaniec?

Były „Kamienie hańby”, był straszny Robert Gliński i zakłamujący historię film. Pojawiły się oficjalne głosy sprzeciwu i równie oficjalna odpowiedź na nie.
Całość śledziłam dość dokładnie, bo skoro mam przeprowadzić wywiad z reżyserem, nie widząc filmu  - muszę się doinformować w każdy możliwy sposób.
Godzinna rozmowa z Robertem Glińskim powinna rozwiać wszelkie moje wątpliwości. Przezorny jednak zawsze ubezpieczony. Założyłam więc, że reżyser mógł mnie oczarować i wciąż czekałam na pokaz „Kamieni na szaniec”.

Poniedziałek rano. Pełna sala ludzi. Oczywiście – taka tradycja - siedzę obok kobiety, której za aktywność ruchową i poszukiwanie znajomych po sali przez cały seans, mam ochotę wymierzyć wyrok w imieniu II RP. No dobrze, ale żarty na bok. 

Szok! Zaskoczenie! Niedowierzanie! Kamienie, pozostały na szaniec, o hańbie nie ma mowy…a taki piękny skandal się zapowiadał.
Zośka i Rudy, bo to oni są przez całość filmu na pierwszym planie – znowu szok i niedowierzanie – są młodzi, pełni życia, mają ochotę kochać, działać i odzyskać wolność.

Mają wątpliwości?
Tak, mają. Nie było próby generalnej przed wojną. Doświadczenie zdobywali każdego dnia. Wszystko działo się po raz pierwszy. Mieli więc nie tylko prawo do wątpliwości, ale i do popełniania błędów. Wiele w nich młodzieńczego buntu. Niezrozumienia pewnych wojskowych reguł.
Nienaturalnym byłoby, gdyby jednego dnia, z harcerzy stali się zawodowymi żołnierzami, porzucając zupełnie swoją młodzieńczą naturę.

Grzeszą?
Tak, grzeszą. Mają po 20 lat. Trwa wojna. Każdy dzień może zakończyć się łapanką, wywózką do obozu. Śmierć spaceruje po ulicach Warszawy i zaczepia przechodniów. W takiej chwili człowiek potrzebuje bliskości. Chce, przeżyć w pełni życie, które za chwilę może się skończyć. Chce, by wszystko było naprawdę. Są jednak w tej swojej miłości prawdziwi. Nie szukają odskoczni, ucieczki. Kochają i chcą być kochani. Jest miłość w sferze emocjonalnej i fizycznej. Mimo ciężkich czasów, nie istnieje konformistyczna relacja kobieta-mężczyzna ‘to skomplikowane’, znaczy bez zobowiązań.

Łamią się?
Tak, przeżywają chwile zwątpienia. Kim byłby 22 letni Zośka, gdyby po śmierci przyjaciela, po tym jak stracił ludzi, w zaplanowanej przez siebie akcji, nie przeżył załamania? Na barki tego młodego chłopaka spadła wielka odpowiedzialność.  Nie jest to użalanie się nad sobą. To wielkość dowódcy.
W harcerskiej piosence „Druh”, padają słowa”[…] z Tobą druhu w świat pójdziemy, uśmiech Twój załagodzi głód i chłód i wiatr”. I właśnie takim dowódcą jest Zośka, także dzięki odpowiedzialności, która doprowadza go do chwilowego załamania.

Coś przerysowano? Coś podkolorowano? Coś dodano?
- A doczytaliście, że to nie jest dokument?

Gdyby Robert Gliński, pokazał nam ekranie chłopców idealnych, bez skazy, bez wad, bez ludzkiej cząstki charakteru, skrzywdziłby nie tylko chłopców z Szarych Szeregów. Skrzywdziłby przede wszystkim widza, który szuka wzorców.
Jak naśladować, kogoś kto nie ma z nami nic wspólnego. Kogoś, kto jawi się nadczłowiekiem? Pozbawiony jest cech, które mamy wszyscy?
Bohaterem człowiek się nie rodzi. Bohaterem się zostaje. I to jest właśnie film o ‘zostawaniu bohaterem’.

IIRP wykształciła wspaniałe elity.
IIIRP dopiero je kształci.
I to nie są żadne „Kamienie hańby”, a ważny element tego szkolenia, z patriotyzmu i bohaterstwa. 

Czy wszystko mi się podobało? Czy film rzucił na kolana?
Nie. Mam kilka zastrzeżeń. Czuję pewien niedosyt. Nie dałabym tej produkcji 10 na 10, choć sporo ze mnie łez wycisneła. To miał być jednak głos w sprawie 'domniemanej hańby'.

A co do refleksji...dobrze mieć wokół siebie takich Alków, Rudych i Zośki - w wersji męskiej i żeńskiej.
I ja ich mam.
To tyle z osobistych komentarzy.

niedziela, 9 lutego 2014

Do kogo dziś mierzą Żołnierze Wyklęci? Komu i czemu, nóż na gardle kładą?

Nie wymagam od nikogo zainteresowania historią.
Pod warunkiem, że nie chce zabierać głosu w tej dyskusji.
Jednak status ‘to skomplikowane’ – ustawiajacie sobie tylko do życia prywatnego.
Pozwólcie, że w przestrzeni publicznej będziemy mieć czarne i białe.
-----
Brodzimy w tej historii po pas. Ubrudzeni, umęczeni, próbujący zasadą ‘bliźniego swego jak siebie samego’ walczyć z niechęcią i odrazą.
Po co to robimy?
Sama nie wiem.
Przecież wszystko jest jasne. Są bohaterowie i są zdrajcy. Są ofiary i są kaci.
Sędziowie wydający wyroki śmierci na największych polskich bohaterów ponieśli kary.
Bezwzględni komunistyczni oprawcy, uznani są za zbrodniarzy, nie ma ich w Alei Zasłużonych na Powązkach, ulice nie noszą ich imion.

Pilecki, Łupaszko, Zapora, Inka, Nil – należą do panteonu polskich bohaterów narodowych. Na ostracyzm skazywani są politycy żartujący z ostatniego Wyklętego, który ginie w czasach gdy na listach przebojów królują Beatlesi. Dziewcze, które gloryfikuje wyrywających paznokcie, katujących godzinami, wciskających głowy w żeberka kaloryferów – wysyła się na leczenie. A zdjęcie pisarki Magdaleny Tulli - która porównuje Inkę i jej okrzyk „Niech żyje Polska!” wzniesiony tuż przed śmiercią, do „Heil Hitler” nazistowskich zbrodniarzy – wiesza się w pubach w całej Polsce, z dopiskiem: Tej Pani nie obsługujemy!

Ot takie normalne społeczeństwo, które samo sobie w twarz nie pluje. Skoro jednak wiemy, że mamy dokładnie odwrotność normalności, pytanie nie brzmi: dlaczego my brodzimy w tej historii, sprzeciwiamy się, oburzamy, podnosimy głos?
Nasze działania są przecież tylko odpowiedzią. Co nie zmienia to faktu, że jesteśmy już zmęczeni udowadnianiem, że nieskazitelnie białe nie ma koloru czarnej smoły.

Powiedzcie, co Wam Ci Wyklęci winni? Czemu tak panicznie na nich reagujecie? Jak bardzo, czemu i komu zagrażają, że wspinacie się na wyżyny hipokryzji?

Może jakoś pomożemy, coś wyjaśnimy? Nauczymy kolorów. Opowiemy, że nie tyle nie mogli odnaleźć się w powojennej rzeczywistości, co nikt im nie dał szansy, bo do drzwi pukało UB i dawało kulę w tył głowy. Porozmawiamy o cierpieniach młodego funkcjonariusza, który po wyrwaniu paznokci ofierze, miał jeszcze sporo papierkowej roboty.
Położymy Wam rękę na ramieniu i pokażemy jak spokojnie oddychać, przy haśle ‘kulturowy kod polskości’...
Jakby coś, to dzwońcie.
Rzeczywistość, w której Żołnierze Wyklęci - mimo Waszej wielkiej gimnastyki - staną się bezdyskusyjnie narodowymi bohaterami, nadchodzi!
Nie czas zwierać szyki. Lepiej się zaaklimatyzować.

sobota, 18 stycznia 2014

Ani to James Bond, ani Konrad Wallenrod – czyli słów kilka o Kuklińskim i filmie 'Jack Strong'


Wizytówka, na której nie ma ani miejsca pracy, ani stanowiska danej osoby. Jest tylko imię, nazwisko i kontakt. 
Na to mogą sobie pozwolić ci, których imię i nazwisko mówi tak wiele, że pozostałe informacje są zbędne (pomijając przypadki, kiedy jest to druga wersja wizytówki, dla zamkniętego grona).  
Płk Ryszard Kukliński, to ani James Bond, ani Konrad Wallenrod. To jak na tej opisanej wyżej wizytówce: Ryszard Kukliński ….i kropka.

----
A teraz o filmie …
W zapowiedzi produkcji Jack Strong, czytamy że jej twórca, Władysław Pasikowski, sięga po ukrywaną przez lata, prawdziwą historię, największego szpiega naszych czasów.
Zadanie prawdziwe nie tylko w sensie logiki matematycznej. Zgoda, że ukrywaną, prawdą jest że największego i co najważniejsze, że prawdziwą.
Oczywiście koloryzacji w Jacku Strongu mamy pod dostatkiem. Na szczęście, jest to jedynie wzbogacenie, a nie jak w przypadku Pokłosia, zniekształcenie.
Mam wrażenie, że Pasikowski pisząc scenariusz, czytał te same książki o płk. Kuklińskim, co ja. Na pewno wiele tu jest Józefa Szaniawskiego ‘Pułkownik Kukliński - tajna misja’. Reżyser pozwala sobie na rozbudowanie fragmentów życia bohatera, o których na razie wciąż niewiele wiemy. To czyni z filmu dobrą sensację, trzymającą w napięciu i co najważniejsze … tak być mogło, choć nie musiało.
Twórca ‘Psów’ oszczędza widzowi takiego nagromadzenia wulgaryzmów, jakim raczył nas przed laty. I za to duży plus, bo siarczyście jest tylko tam gdzie tego wymaga sytuacja, nie ma więc obawy, że widz nieprzepadający za latającym mięsem, będzie zmęczony i zdegustowany.
Pasikowski nie oszczędza nam natomiast zachwytów. Wystarczy spojrzeć na listę nazwisk w obsadzie. Dorociński, Baka, Zamachowski, Ostaszewska, Globisz, Czop – mówi bardzo wiele. Dla kogoś wychowanego na Teatrach TVP, gra aktorska – to sprawa priorytetowa. Wszystkie moje oczekiwania zostały spełnione, zatem 10 na 10 w skali Zaguły.
A do tego w roli gen. Jaruzelskiego, aktor który – właśnie po Teatrach TVP – pasuje fizjonomią do roli kapusiów. Dzięki panie Pasikowski !

Muzyka świetna, gra aktorska doskonała, warta akcja, historia podkolorowana ale zgodna z prawdą, zdjęcia na piątkę. Mam się do czegoś przyczepić, żeby było bardziej wiarygodnie? Okej..
Jeśli ktoś widział ‘Wałęsę człowieka z nadziei’, wie że w czasie filmu można oddychać tamtymi czasami. A to wszystko za sprawą rekwizytów: ścierka, torba na zakupy, stół, chodnik etc. Pasikowskiemu nie można zarzucić, że nie odtworzył epoki, czy że przy tym odtwarzaniu popełnił błędy (jeśli takowe są, to do ich wyłapania potrzebuję kolejnego seansu), jednak nie wspiął się na takie wyżyny odtworzenia, jak zrobili to twórcy ‘Wałęsy’.

I jeszcze napisy końcowe…
Dowiadujemy się, że synowie Kuklińskiego zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach i poznajemy datę śmierci bohatera. Zakończenie (pozwólcie, że nie zdradzę) doskonale oddaje tragizm tej postaci, ale dopełniłaby je informacja, że na pogrzebie płk. Kuklińskiego – nie było NIKOGO! z oficjalnych przedstawicieli władz państwowych.
Pojawili się natomiast prezes IPN, prezydent Warszawy Lech Kaczyński, b. premierzy Jerzy Buzek i Jan Olszewski, b. szef MSZ Władysław Bartoszewski, b. marszałek Sejmu Maciej Płażyński.
Dlaczego nie pofatygowali się urzędujący: Aleksander Kwaśniewski, czy Marek Belka, a co z wielkim Lechem Wałęsą – w końcu tylu byłych się stawiło…

To co najważniejsze w Jacku Strongu, to że jest to film o polskim bohaterze. 
Pasikowski nie pozostawia żadnych złudzeń. (Zdrowy człowiek zapyta ‘jakich złudzeń’ : )
Dyskusja o tym, czy bohater czy zdrajca, wydaje się tak samo zasadna, jak rozmowa o tym, czy herbatę można słodzić solą…
Tak, można.  Ale trzeba być wariatem albo nie wiedzieć, czym jest cukier, a czym sól.
'Zdrada' wg Słownika Języka Polskiego, to «działanie na szkodę narodu, kraju itp.»
Czujecie żal, że nie rozjechały nas rosyjskie czołgi, za sprawą których Amerykanie zorganizowaliby nam tutaj drugą Hiroszimę…
Patetycznie rzecz biorąc, płk Kukliński zrobił to dla Matki Ojczyzny.
Pech chce, że wielu tę matkę traktowało jak macochę, z tęsknotą patrząc na wschód…za prawdziwą rodzicielką i żywicielką.

Radek Sikorski mówi ‘powiedz mi co myślisz o Kuklińskim, a powiem Ci kim jesteś’.
Cieszy mnie odpowiedź jakiej udzielił Pasikowski. I to w takim stylu!!*


*jeśli znasz zakończenie filmu, a mimo to oglądasz w napięciu i chcesz obejrzeć jeszcze raz - gwiazdek przyznawać nie trzeba.

sobota, 14 grudnia 2013

Katoliku! Weź przykład z homoseksualisty!

„Czarna lista Homopedii radzi bojkot nietolerancyjnych firm” – to fragment nagłówka piątkowego newsa natemat.pl.

Zacznę do tego czym jest homopedia – taka wikipedia dla homoseksualistów. Hetero radzę nie próbować zakładania jej odpowiednika, bo wyjdzie że jesteście nietolerancyjni.

Ale wróćmy do tej strasznie brzmiącej ‘czarnej listy’. Znajdziemy tam m.in. Polskiego Busa, Nutellę (a dokładnie producenta Ferrero Polska), Wydawnictwo Zysk i S-ka (za książki Cejrowskiego). Są też politycy, tytuły prasowe i ludzie ‘mediów i pop kultury’ – jak choćby Mirosław Baka. Swoją drogą, dla doskonałego aktora, bycie w kategorii 'media i pop kultura', musi być bolesne. 
Podpaść można bardzo łatwo. NSZZ Solidarność naraziła się, jak pisze natemat.pl, usunięciem swojego logo z plakatu promującego LGBT.** 

I teraz drodzy katole, do rzeczy! Można się śmiać, z czarnej listy na wikiepedii dla homoseksualistów. Można wylewać żółć, jak to ma miejsce pod artykułem – a wylewa się ona ze strony ‘za’ jak i ‘przeciw’. Wszystko to jednak, jest postawą bierną. A z tego co wiem, bierności się od nas nie oczekuje tam na Górze. 

Nie zachęcam do włamywania się na serwery homopedii. Nie tędy droga i to akurat, nie po chrześcijańsku. Tym razem całkiem szczerze i poważnie, proponuję wziąć przykład ze środowiska LGBT.
Wśród polskich użytkowników, co jakiś czas pojawia się lista produktów, które należy bojkotować, bo godzą w chrześcijańskie wartości, dokładają cegiełkę, bądź cegłę, do walki z Kościołem, zwalczają nasz kod kulturowy.  I co? I generalnie wielkie NIC!
A to dlatego, że ten ketchup lubimy najbardziej, to piwo nam smakuje, a tu jest największa promocja na telewizory. *

W czym jesteśmy gorsi do LGBT? (tak, to pytanie z tezą). 
A no w tym, że oni mają poczucie jedności, wspólnoty i potrafią je manifestować, choć czasem wymaga to od nich wysiłku i poświęcenia.
Muszę Was zmartwić. To że ktoś uderza w nasze wartości, a my pozostajemy wiernym konsumentem – z nadstawianiem drugiego policzka ma niewiele wspólnego.
----
* Za oceanem są dowody na to, że jeśli się chce, to można.
American Family Association (AFA) od lat bojkotuje firmy godzące w chrześcijańskie wartości i lekceważące religijny charakter Świąt Bożego Narodzenia (bałwanek w miejsce Jezusa). Ze swojej akcji wycofał się swego czasu koncern Forda – po bojkocie obroty firmy zmniejszyły się o 8%. 
---
**LGBT (z ang. Lesbians, Gays, Bisexuals, Transgenders) – odnosi się do lesbijek, gejów, osób biseksualnych oraz osób transgenderycznych jako do całości.

niedziela, 8 grudnia 2013

Tolkienowska Drużyna Pierścienia – obraz nędzy i rozpaczy – czy przepis na sukces?

Kto z nas nie czytał Władcy Pierścieni? Pewnie wielu. Ale film już widziała większość. Niesamowita historia, akcja trzymająca w napięciu, oczarowujący świat fantasy. 
Ani wtedy gdy książkę czytałam, ani gdy wpatrywałam się w wielki kinowy ekran – nie przypuszczałam, że w swoim dziele Tolkien daje przepis – jasny i nieskomplikowany, że wiązać buty (albo przynosić nowe kartki papieru) mogliby mu wszyscy spece od team buildingu.

Polska telewizja, dobre kino przypomina raz na jakiś czas. Pewnego późnego wieczora, przypadkiem trafiłam na ekranizację genialnej trylogii. Film ten sam co przed laty, ale treści rzucające się w oczy – a może raczej w uszy – zupełnie inne.
Ta najważniejsza ze scen, dająca początek wszystkiemu – kiedy Frodo deklaruje, że zniszczy pierścień, w otchłani Mordoru, to zdecydowanie coś więcej, niż początek wyprawy.
Za niepozornym hobbitem staje wiekowy Gandalf, potem kolejno padają deklaracje: Aragorna, elfa, krasnoluda i Boromira:
- Masz mój miecz
- Masz mój łuk
- I mój topór
- I Gondor Cię wesprze
W końcu dołączają mali hobbici, radośnie wykrzykując, że bez nich Frodo, nigdzie nie pójdzie.
9 piechurów – jak określa ich Tolkien – czyli Drużyna Pierścienia, to na pierwszy rzut oka, obraz nędzy i rozpaczy.
Poważnie wygląda stary czarodziej, doświadczony i waleczny Aragorn i zwinny elf Legolas, a reszta…
Zarozumiały Boromir, przykurcz Gimli, czterech małych hobbitów, którzy nie znają niczego poza swoją maleńką wioską  i o walce wiedzą tyle, co ja o budowie silnika.
Ta oto grupa, ma dokonać niemożliwego i ocalić świat….wolne żarty.

Gandalf, ze względu na wiek i wiedzę, mimo że nie niesie na szyi pierścienia,  razem z Aragornem, staje się liderem. Jednak żaden z nich nie patrzy z politowaniem, czy wyższością,  na kompanię jaką los ich obdarzył. Z tej mieszaniny – bez ładu i składu – tworzą spec kompanię.
Niepowtarzalne umiejętności i cechy charakteru, każdego z członków, zostają wyeksponowane i wykorzystane w pełni. Natomiast wady, przyjmowane są jako coś – mimo czego wyprawa ma zakończyć się sukcesem.

Aragorn i Bormir, uczą hobitów walki. Gandalf dzieli się życiową mądrością. Legolas z krasnoludem – mimo niechęci tych dwóch ras – pomagają sobie wzajemnie. Następuje całościowa wymiana dóbr i umiejętności, która jak wiemy, ostatecznie wygra zderzenie, z niemałym zasobem słabości. Każdy zwycięża w swojej dziedzinie.

Oczywiście możemy założyć, że to tylko zmyślona przez Tolkiena historia. Możemy też jednak spojrzeć na nią przez pryzmat, naszej sceny politycznej. Tu ułomności i słabości też nie brakuje. Wielu z nas wyczekuje prawdziwego lidera, który dobierze sobie równie idealnych jak on współpracowników, posprząta, odmieni rzeczywistość, wygra z patologiami …i będziemy mieć krainę mlekiem i miodem płynącą. Świętnie prosperującą gospodarkę, zero korupcji, niezawodną służbę zdrowia, szkolnictwo, funkcjonujący system emerytalny etc.
W tym wyczekiwaniu możemy jednak, z własnej winy, być jak naród żydowski, czekający na Zbawiciela. I tak jak oni – możemy przez swoje wyobrażenia, tego Zbawiciela ‘przegapić’.

Śmiem mniemać, że nigdy nie doczekamy się Drużyny Pierścienia – pozbawionej wad i ułomności. Nie to jest jednak problemem polskiej sceny politycznej. Brakuje umiejętności działania – pomimo tychże ułomności i zdolności do współpracy ponad podziałami – jak w przypadku Legolasa i Gimliego (jeśli komuś ten konflikt wydaje się zabawny – znaczy, że powinien doinformować się w tym temacie).

Nie potrzebujemy cud-lidera, który zgromadzi cud-współpracowników. Potrzebujemy lidera, który będzie miał zdolność jednoczenia ponad podziałami i wydobywania z ludzi, tego co najlepsze.
Gdyby tolkienowska Drużyna Pierścienia, miała czas na szkolenia z team buildingu, może Gandalf nie wpadłby w otchłanie Morii, mali hobbici nie zostaliby porwani, a Aragorn nie byłby ranny.
U Tolkiena jednak, tak jak w świecie realnym, idealne warunki nie istnieją. Odnaleźć trzeba się w zastanej rzeczywistości i w niej działać sprawnie.
I to jest to, czego aktualnie, na polskiej scenie politycznej odnaleźć nie mogę.
Coś czego brakuje, coś co irytuje i najważniejsze – coś czego wyborca, od swojego polityka ma prawo oczekiwać. Jeśli takich umiejętności ludziom władzy brak, to pora, żeby ze sceny zejść. Zawsze jednak można wybrać inną opcję: przebudzenie i działanie.

Uprzedzam oburzony - budowaniem ponad podziałami. Tworzyć można z tymi, którzy grają z nami do jednej brami, a różnią się np. stylem gry, obraną strategią, czy doświadczeniem. 
------
* ciekawy tolkienowskiego przepisu na sukces, zachęcamy do obejrzenia trylogii, pod tym właśnie kątem.

**data publikacji tekstu, zbiegająca się w powstaniem Polski Razem Jarosława Gowina – jest przypadkowa, choć autorka tekstu nie ma nic przeciwko, by po latach pomyśleć – to nie był przypadek.