środa, 28 sierpnia 2013

Z wakacji w Egipcie rozgrzesz mnie Panie…

Dzisiejsza Rzeczpospolita w artykule „MSZ wzywa Egipt by chronił chrześcijan” cytuje eksperta Tomasza M. Korczyńskiego z  Open Doors, który twierdzi, że oddziaływać na Egipt, można tylko turystyką, a dokładnie bojkotem wakacji (Polacy są w trójce najliczniej wylegujących się na egipskich plażach).

O tym co działo się w Egipcie na początku sierpnia donosił mi Twitter. Nawet w czasie wakacyjnego błogostanu warto nie tracić kontaktu z rzeczywistością. Mój wypoczęty i zrelaksowany umysł, mimo wszystko doinformowany, nie był w stanie pojąć tego co zastał w kraju.

Pierwszy dzień po urlopie w pracy i pierwsze osobniki  na szklanym ekranie. Zadowolone, spakowane tak by nie przekroczyć 20 kg, mówią że się nie boją, że lecą, że tam podobno coś się dzieje, ale oni nie wiedzą dokładnie co, a wycieczkę kupili, zanim w ogóle ktoś coś o tym mówił. 
Tak dość chaotycznie zaprezentowali się moim oczom polscy turyści.  

W mózgu zakołatało pytanie: tacy odważni czy tacy głupi? –  ale wcale nie pojawiło mi się jako primo. To było moje 'po drugie primo'. Po pierwsze i najważniejsze, zastanawiam się jak można sączyć (choć to chyba złe określenie, kiedy alkohol serwowany jest bez ograniczeń) drinki, ze świadomością, że tuż obok rozgrywa się ludzki dramat? 

Ktoś z turystów rzucił do kamery, że on nie wie dokładnie co tam się dzieje, że jakieś kartony płoną. 
To tłumaczenie wcale do mnie nie przemawia. Już studenci I roku studiów humanistycznych, z książki Aronsona dowiadują się, że tak działa nasza psychika (tłumaczy sobie każde zdarzenie tak, by automatycznie wykluczyć naszą winę lub możliwość bycia na miejscu ofiary). 

Jeszcze bardziej pogrążający osobników-około-ludzkich (nie wiem jakie jest naukowe określenia na człowieka bez sumienia) był argument, że w kurortach jest bezpiecznie, że tam nie ma godziny policyjnej.
Jeśli ‘po prostu ludzie’ zabijani na ulicach, to za mało, by zdecydować się na bojkot, by powiedzieć stanowcze nie i stracić 2 tysiące złotych. To może pięknie opalony na egipskich plażach katolik poczuje dziwny wyrzut sumienia, gdy w czasie niedzielnej mszy świętej na słowa ‘módlmy się za prześladowanych chrześcijan’ odpowie ‘wysłuchaj nas Panie’.

Podpalane kościoły, niszczone sklepy i szkoły, prowadzone przez chrześcijan. W końcu też pada ostrzeżenie ‘albo opuścicie miasto do piątku albo zginiecie’. Polacy pokiwali głowami i zadumali się nad brutalnością tego świata, wyszukując jednocześnie olejek do ciała z filtrem.

Dzisiejsza Rzeczpospolita w artykule „MSZ wzywa Egipt by chronił chrześcijan” cytuje eksperta Tomasza M. Korczyńskiego z  Open Doors, który twierdzi, że oddziaływać na Egipt, można tylko turystyką, a dokładnie bojkotem wakacji (Polacy są w trójce najliczniej wylegujących się na egipskich plażach).

Na bojkot polski naród zdecyduje się, gdy zacznie bać się o własne bezpieczeństwo. Ale nie jesteśmy wcale obojętni na ludzką krzywdę! Mordowani w Egipcie chrześcijanie mogą liczyć na naszą modlitwę – chrześcijan z Polski. Może nawet kilka złotych wrzucimy na jakieś dary, gdyby to było potrzebne. Ale z zimnego drinka w krainie faraonów, wybaczcie, nie zrezygnujemy...zapłaciliśmy.





Mój patriotyzm - ani ckliwy, ani tandetny

Patos - samo słowo już powoduje u większości grymas na twarzy. Występuje niemal nierozłącznie z określeniem 'tandetny'. Dobrze uzupełniają je 'ckliwe wzruszenie'. I nieważne jakie te nasze wzruszenia są i jaki ten patos jest, już z założenia wszystko zostało umieszczone w worku z napisem  'tandeta i ckliwość - podlega wzmożonemu recyclingowi'.

Ostatnio - kiedy kolejny raz - wysłuchałam piosenki "Generał Nil" - Tadek Firma Solo, sama wpadłam w tę pułapkę. Fragment "na baczność stała cela, gdy wychodził ze spokojem - Fieldorf Nil bohater trzech wojen", ścisnął za gardło. Przed oczami stanęła mi scena z filmu, na której ze spokojem, dostojnie, na śmierć, idzie jeden z największych polskich bohaterów. A pobici, poranieni, wygłodzeni, psychicznie zmaltretowani więźniowie - w jednej sekundzie - stają na baczność. Rzeczywiście, kroczył dowódca Kedywu, należało więc salutować. To jednak coś więcej, niż żołnierskie honory.

Od zakończenia wojny minęło prawie 8 lat (był rok 1953). Wielka przegrana, wielkie rozczarowanie, straszna okupacja - co innego mogli czuć więźniowie w celi, skazani za walkę o niepodległą Polskę? Mimo wszystko, tym jednym gestem, tymi wyprostowanymi jak struna plecami - pokazali wierność ideałom, które towarzyszyły im każdego dnia wojny.
Od ściśniętego gardła, niedaleka droga do rozumu, który zapisał to jako tanie wzruszenie do tekstu jakiejś tam piosenki. Na szczęście wspomnianemu rozumowi udaje się czasem wyjść poza narzucone schematy. Podniósł się więc wewnętrzny sprzeciw, bo niby dlaczego człowieczeństwo okazujemy wzruszając się i bulwersując zarazem, gdy na Facebooku, ktoś zamieści zdjęcie skatowanego, przez zwyrodnialców, psa. A tanim wzruszeniem staje się grupa skatowanych więźniów, salutująca swojemu dowódcy, idącemu z podniesioną głową, na śmierć?

Utwór "Generał Nil" Tadek Firma Solo, traktuję teraz jak przebudzenie.
Choć patos, który mnie wzrusza, jest dokładnie taki jak kiedyś - to skreśliłam słowa ckliwe (przy wzruszeniach) i tandetny (przy patosie). Czuję dumę widzą łopoczącą na wietrze biało-czerwoną. Uśmiecham się do siebie, gdy Oni wracani są pamięci, gdy 1 marca autobusy, po raz pierwszy wyjeżdżają na ulice z flagami, gdy kibice na trybunach oddają Im cześć, gdy tak jak dziś - IPN podaje nazwiska, odnalezionych w bezimiennych dołach śmierci. Serce bije mi szybciej, gdy na ekranie mojego telewizora Inka krzyczy "Niech żyje Łupaszko, niech żyje wolna Polska!".

Przymiotników ckliwy, kiczowaty, tandetny, do wszystkiego co narodowe i polskie, upatruje w latach PRLu i sztucznym wyznawaniu miłości do władzy ludowej. W wolnej Polsce, której karty historii pełne są wielkich bohaterów i przyspieszających bicie serca czynów, te określenia zostawiam sobie do emocji, które wywołują u mnie amerykańskie filmy.

A plan, że swoją córkę nazwę Inka (na cześć jednej z wyklętych dziewczyn), nie ma z tymi przymiotnikami nic wspólnego.

Dla Państwa - znaczy dla nikogo

Kończą się wakacje, a więc powrócą doniesienia o kolejnych nagrodach, jakie przełożeni wypłacają urzędnikom. Tuż przed sezonem ogórkowym obszernie pisała o tym Rzeczpospolita. Społeczeństwo czyta i nie dowierza  Biorąc pod uwagę urzędnicze pensje, przywileje przysługujące pracownikom administracji, których nie świadczą prywatne firmy, większość z nas rzeczywiście może mieć poczucie niesprawiedliwości.

Na początku pojawia się pytanie, dlaczego przełożeni tak rozpieszczają swoich podwładnych. Tu odpowiedź jest prosta. Wyobraźmy sobie, że mamy pod sobą sztab ludzi. To od nich zależy, jak szybko i z jakim efektem realizowane będą nasze rozporządzenia, a co za tym idzie, jak skuteczne okaże się nasze rządzenie. Urzędnicy mają swoje procedury. Mogą je przeciwko 'górze' wykorzystać. Nie tyle odmówią wykonania zadania, co po prostu spowolnią jego realizację. Nie naruszając żadnych zasad mogą wejść w tryb 'włoskiego strajku'. Skoro więc przełożonym zależy, to nagradzają - często nieadekwatnie do wyników pracy, czy zasług.

Nie muszą tego robić pracodawcy prywatni. Mają większą kontrolę nad pracownikiem i więcej praw wobec niego, w swojej firmie, to oni w znacznej mierze ustalają reguły. Tu raczej stawia się na wpojenie pracownikowi, że marka dla której pracuje, zasługuje na poświęcenie, na zaangażowanie. Wydawałoby się, że w przypadku pracy dla Państwa, jest to zbędne...

Zatem urzędnicy, takiej motywacji potrzebować nie powinni. Niestety comiesięczna pensja nie wystarcza, by zmobilizować wielu z nich do rzetelnej pracy, bo kim to Państwo jest?

I to kolejna pamiątka jaką PRL zostawił w umysłach Polaków i jaką oni w spadku przekazują nam, młodemu pokoleniu.
Rodziców nikt nie nagradza, za dobre wychowanie dziecka, bo dla nich pociechy są na tyle ważne, że nie potrzebują by ktoś ich mobilizował do wychowawczej pracy. Państwo jednak traktujemy, jako jednostkę obcą. Tak było przez lata komunizmu, kiedy utożsamiano je z władzą, niechcianą i narzuconą, która o obywatela nie dba. Co więcej, która tego obywatela wykorzystuje, a w dodatku ogranicza jego podstawowe prawa.
Po 1989 roku wiele się zmieniło. Dobro Państwa, to dobro nas wszystkich, bo w końcu Państwo stało się Ojczyzną. My jednak mentalnie wciąż taktujemy je jako 'obcego'.  By coś dla tego kraju zrobić, a niestety często by zwyczajnie nie przeszkadzać (prowadząc włoski strajk), potrzebne są nagrody.

Najwyższy już czas chyba, potraktować Państwo, jak Ojczyznę, a Ojczyznę jak matkę. Łatwiej wtedy będzie pracować. Na razie niestety patrząc na wypłacane premie, mamy wrażenie, że urzędnicy dostają odszkodowanie za to, że akurat na nich padł obowiązek pracy dla kraju.

Obawiam się, że my (młode pokolenie właśnie zaczynające pracę) z takim samym nastawieniem i stosunkiem do kraju, będziemy w to poważne życie wchodzić. No chyba, że ktoś nam pokaże, że to już nie PRL, że Państwo to nie jest komunistyczna partia, a rzecz wspólna ...chciałby się powiedzieć Rzeczpospolita.

niedziela, 7 lipca 2013

Ciemnogród na stadionie - relacja w LemingTV

Ciemnogród najechał nam stolicę!!!
Zapłacili 40 zł!!!
O zgrozo! Ludzie przyszli tam interesownie!!!

Tak o sobotnim wydarzeniu informują w największym skrócie media dla lemingów – to określenie samego dyrektora stacji, a nie moja nadinterpretacja.
Jak zrobić materiał, żeby był zgodny z poglądami twórcy (czy jego przełożonych) – to wie każdy dziennikarz. Sprawa jest mało skomplikowana, więc nie będę wyrażać uznania, że się autor nagimnastykował.

Wyrosłam już też z bulwersowania się, że ktoś tworzy rzeczywistość, a nie ją opisuje. Naiwnie nie dostrzegam w tym braku przygotowania, czy ignorancji w stosunku to tematu.
Tworzenie rzeczywistości. Wmawianie ludziom, że tak wygląda świat. Nakłonienie ich, by do tego świata się wpisali – to zabieg tak popularny, że nawet gdy słyszę, że białe jest różowe, nie wierzę że mam do czynienia z kimś, kogo nie było w szkole, jak omawiali kolory, ale z kimś kto chce z białego różowy zrobić i taką oto strategię sobie wybrał.
Kiedy powie się wszystkim rozróżniającym kolory, że są w mniejszości i źle widzą, to w końcu jedni uwierzą - bo przecież większość nie może się mylić (sic!). Inni zachcą być w tej większości …no i białe będzie różowe.

Tym razem jednak komentator mnie uwiódł i uwierzyłam w jego …żeby tak zgrabnie napisać … brak zdolności rozumienia świata i niedoinformowanie.
Artur Sporniak, publicysta Tygodnika Powszechnego  – taki tygodnik, co kiedyś był katolicki, a teraz nikt nie wie o co mu chodzi – obnaża motywy ciemnogrodu, który na stadion tak tłumnie przybył. Otóż „tym ludziom chodzi o cuda!” – co oznacza, że tłum jest interesowny i to ma nas zgorszyć.

A szanowny publicysta o relacji Bóg – człowiek słyszał? Wie, że to relacja ojciec – dziecko?
To niech sobie teraz wyobrazi, że ma tatusia, który może wszystko, a w dodatku kiedyś powiedział do dziecka, że jeśli będzie prosić – to dostanie. I co, Pan Publicysta by nie prosił? Z problemami by do tego tatusia nie przyszedł?
Po wypowiedzi, możemy wnioskować, że nie. Nie wiem, czy taki dzielny ten Pan, czy taka Zosia-samosia.

Jeśli ktoś śmieje się sam (i tylko on) ze swojego żartu, to jakby na Facebooku lajkował swój własny post. Takie ‘Lubię to” przyznaje sobie Artur Sporniak za komentarz:
„Cudowne uzdrowienia – piątek – godzina 18”.
Wtóruje mi drugi komentujący, z Gazety Wyborczej. Jak to na Jana Pawła II przychodzili, tak po prostu – a cuda były, ale przy okazji. A tu tak interesownie.

Ten drugi też mnie uwiódł, też uwierzyłam, że nie wie o co w tym wszystkim chodzi. Ostatecznie mam jednak przeczucie, że znów dałam się nabrać i zastosowana została taktyka ‘tworzenia rzeczywistości’ – ale co tam, śpieszę z wyjaśnieniem, tylko to może być dla Was szok, panowie redaktorzy.
Ten ciemnogród, który w liczbie przeszło 60 tysięcy zgromadził się w sobotę na stadionie, nie przyszedł tam dla ks. Johna Bashobory. Im chodziło ….UWAGA! …. o Jezusa!

Ani Ugandyjczyk, ani nawet Jan Paweł II – nie przyciągali tłumów sobą, ale swoją relacją z Bogiem. Kiedyś – drodzy komentatorzy – ale to było już naprawdę dawno, więc możecie nie pamiętać – Jezus posłał w świat swoich uczniów. Tamci już nie żyją, ale są kolejni. Na jednego z nich mówimy nawet – następca Świętego Piotra.

Dla chrześcijanina, na co dzień zabieganego, zajętego sprawami przyziemnymi -  ważne jest obcowanie z ludźmi, którzy swoje życie poświęcają na zrozumienie tego, co mówił do nas Jezus (chodził kiedyś po ziemi). Została po tym książką, wśród katoli nazywana Biblią lub Pismem Świętym, można natrafić też na określenie Nowy Testament.

Szczególnie Panów Redaktorów rozbawiają uzdrowienia. I znów muszę rozczarować … to nie ks. Bashobora uzdrawia, to nawet nie Jan Paweł II. Bez Boga, ale też bez wielkiej wiary w Niego – nic by nie zrobili. A nam zazwyczaj brakuje właśnie tej wiary. Nie jest to powód do wstydu, bo Mojżeszowi – żył jeszcze dawniej niż Jezus, więc możecie nie kojarzyć – też się to zdarzyło . I dlatego potrzebujemy, by ktoś nas do Boga zbliżył – poprzez modlitwę .. bo tym głównie zajmowało się zgromadzone na stadionie 60 tysięcy ludzi.

Muszę Was drodzy atakujący i obśmiewający wiarę ciemnogrodu ostrzec. Z nami to jest tak, że im bardziej napieracie, tym my mocniej manifestujemy i wierzymy. Jak się jeszcze bardziej będziecie napinać, to Góra przyśle kogoś na kształt ks. Popiełuszki, kard. Wyszyńskiego czy papieża Jana Pawła II i wtedy sami sobie będziecie winni.
Czy ja Wam grożę?
W żadnym wypadku. Po prostu informuję, że szkoda Waszej energii i tylko tyle.
My-katole, to mamy taką zasadę, ‘zło dobrem zwyciężaj’ więc o groźbach mowy nie ma. W sumie, końcowy efekt mógłby być taki, że bylibyście zadowoleni.


czwartek, 20 czerwca 2013

Wolność – nasze zadanie domowe

*tekst opublikowany w Biuletynie Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej – numer majowy


„Jesteśmy zwolennikami kontrastów. Nasi przodkowie zestawili ze sobą biały z czerwonym. Zdecydowanie idziemy tą drogą! Łączymy nowoczesny styl życia, z konserwatywnymi poglądami. Wiemy gdzie bywać i jak się nosić, a przy tym bardzo lubimy dobrze się prowadzić. Przejawiamy zadowolenie z życia, a za cel stawiamy sobie przypomnienie o tych, o których historia głucho milczy. Lubimy ambitne kino, dobrą literaturę, z kulturą nam jak najbardziej po drodze, a w wolnych chwilach walczymy z kompleksami Polaków. Chcemy współdecydować o swojej przyszłości, a w przeszłość patrzymy z dumą i czerpiemy z dorobku poprzednich pokoleń. Nie lubimy bierności i obojętności.”

Tak, przeszło rok temu, napisaliśmy o sobie, na naszej stronie internetowej. Opis powierzchowny, z lekkim przymrużeniem oka, ale zdecydowanie aktualny.


Dorastaliśmy w wolnej Polsce. Komunizm znamy z opowiadań i książek, a jeśli nawet przez kilka lat byliśmy obywatelami Polski Ludowej, to nieświadomymi, spędzającymi czas w przedszkolu i na podwórku. Niepodległość jest więc dla nas codziennością, normalnością, prezentem jaki dostaliśmy od poprzednich pokoleń. O ten prezent, trzeba się jednak zatroszczyć. I to jest właśnie nasze zadanie domowe, nas: młodych, wykształconych, z wielkich miast, a co najważniejsze – patriotów.

Praca domowa, jeszcze przez wiele lat nie zostanie skończona, bo wiele jest do zrobienia. Mamy jednak na swoim koncie, już kilka dobrze rozwiązanych zadań. Wśród nich na pewno jest Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Drugi rok z rzędu, uczestniczyliśmy w obchodach 1 marca. Rok temu, postawiliśmy las na Dworcu Centralnym w Warszawie. Były drzewa, wśród nich ognisko, po peronie przechadzali się żołnierze w mundurach. Happening wzbudził wielkie zainteresowanie podróżnych. Nie musieliśmy prosić o uwagę, ludzie sami dopytywali, o to kim byli wyklęci, czemu po 1945 zostali w lesie. W tym roku przygotowania do obchodów zaczęliśmy już jesienią. Tyle czasu potrzebowaliśmy na napisanie i wydanie pierwszej w Polsce książki o Żołnierzach Wyklętych. „Rycerze Lasu” to dwa opowiadania, dwie historie, dwóch małych bohaterów i jeden los powojennej Polski. Dzieci, razem z Bartkiem i Frankiem, odkrywają świat Wyklętych. Donoszą prowiant do leśnego posterunku, przyglądają się codziennemu życiu i starają zrozumieć, skąd ta walka, skoro „[…]wojna się skończyła, nie ma już czołgów i samolotów”.

Chcieliśmy, by Polacy usłyszeli o partyzantach, nie tylko dlatego, że takim bohaterom należy się cześć i szacunek. Mając taką historię, można bez skrępowania nieco wyżej unieść głowy. Poczuć dumę, ale też zobowiązanie wobec przyszłych pokoleń, jaką Polskę my im zostawimy, jaki przykład damy swoim życiem. Nie przypuszczamy by ktoś niepodległość chciał nam zabrać przy pomocy czołgów i samolotów. Każde podjęte przez nas działanie, przez obchody 1 marca, zapalenie świeczki bohaterom, dopisanie zwrotki do Hymnu Narodowego, wieczornicę w rocznicę Powstania Styczniowego, po wystawienie monodramu „Zapiski Oficera Armii Czerwonej” – to nasz wkład w budowanie tożsamości narodowej. Wszystko dlatego, że w XXI wieku o ten prezent, zwany niepodległością, trzeba zatroszczyć się nieco inaczej. To ‘inaczej’, to właśnie zadanie domowe, które sumiennie staramy się odrabiać.


no i zapraszamy: signumtemporis.pl

niedziela, 10 lutego 2013

Jak Kościół Unię oszukał. I jak przypadek, znaczy wszystko…


[…]Największym przekrętem są pieniądze przyznawane parafiom na remont pomieszczeń z przeznaczeniem na działalność kulturalną: na kawiarenki dla młodzieży, sale spotkań, bawialnie, biblioteki. I Unia chętnie daje pieniądze na przykościelną kulturę, ale finalnie nie ma żadnych dzieł, żadnych kawiarenek, bibliotek.[…]
To fragment artykułu „Dlaczego mi smutno, ekscelencjo – czyli pięć powodów, żeby zrzucić sutannę i jeden żeby tego nie zrobić” – Duży Format (GW 07.02.2013r.)

Droga Gazeto Wyborcza i wszystkie umysły humanistyczne,
Wyjątek OBALA regułę, a nie potwierdza. Zwłaszcza kiedy wyjątek stanowi większość. Skoro już, Droga GW  rzucacie głazem, prezentując nie tyle zjawisko, co powszechną patologię w Kościele, to może jakieś dane! Gdzie badania? Gdzie procenty? Gdzie statystyki?
Zatem ani 'żadne' (dzieła nie powstały z pieniędzy UE), ani 'wszystkie' (pieniądze nie poszły na to, na co powinny)

[…] W tym procederze oszukiwania Unii Europejskiej biorą udział proboszczowie, ekonomowie diecezjalni, a przede wszystkim biskupi[…]
Czyżbyś Gazeto wątpiła, w Unijne instytucje, sprawdzające na co idą pieniądze z funduszy? Biedna UE, zmowę cenową, przy przetargach drogowych, udało jej się wykryć. A Kościół – chyba możemy w tym wypadku mówić o czarnej mafii – z Boża pomocą, przechytrzył wszystkich urzędników.

Jak na katola – harcerkę przystało, środowisko kościelne znam. Wiem, że dzieją się tam różne rzeczy, sama mam wiele zarzutów. Razi mnie postawa hierarchów wobec problemów, zachowanie niektórych księży, nieumiejętność mówienia kazań, nieżyciowość. I choć z obserwacji wynika, że to jest mniejszość, to uważam, że od ludzi – z misją/powołaniem – wymaga się więcej. Czuję potrzebę krytyki, a co mam nadzieję za tym pójdzie - zmiany.
Jednak opiniotwórcze/obiektywne media stwarzają wrażenie, że normalność, jest w zdecydowanej mniejszości.
Czy jeśli w każdym mieście są dzieci, które sypią piachem inne maluchy w piaskownicy, znaczy że każdy dzieciak sypie? A może sypią tylko blondyni, bo pani Krysia widziała (albo lepiej, jak w artykule – słyszała od kogoś!), jak blondyn sypał? A może tacy co noszą buty na rzepy …taka oto logika – tu określenie logika wybiórcza pasuje jak ulał.

Czytając ten tekst, warto zastanowić się co byłoby gdyby, w miejsce księży w artykule pojawili się geje, którzy opowiadają o zboczeniach w swoim otoczeniu. Podniosłoby się larum, o nietolerancji, braku kompetencji dziennikarskich autora, że przez pryzmat patologicznych przypadków – które są w każdym środowisku – oczernił cały gejowski świat. I słuszne byłoby to oburzenie. W przypadku każdej grupy, jest to krzywdzące i niesprawiedliwe.

Zepsucie, zło – to jest wszędzie. I jak już pisałam, od księży wymagam więcej, ale od dziennikarza wymagam, by na podstawie przypadków, nie pisał ‘żadnych’. Wyjątek obala regułę w obie strony: wszyscy księżą są dobrzy - wszyscy księżą są źli.

I jeszcze zdjęcie, jakim opatrzony jest tekst. Dwóch zabawiających się księży. Butelka, papieros, drink. W zasadzie do tekstu pasuje. Tylko czemu akcja dzieje się na ołtarzu?
Niech ta fotografia będzie wisienką na torcie, potwierdzającą rzetelność dziennikarską i poziom manipulacji. Niech może nawet powie – co autor miał na celu.
Gazeto Wyborcza, stać Cię na więcej, a może raczej na coś w bielszych rękawiczkach. 

środa, 6 lutego 2013

Babę zesłał Bóg, raz mu wyszedł taki cud… który z czasem, nieco się zdeformował


Pokazy filmowe tylko dla kobiet. Romantycznie, nastrojowo, w klimacie możliwym do zniesienia, tylko dla płci pięknej, tej delikatnej, powabnej, okrywającej się rumieńcem? 
Okazuje się, że niekoniecznie. Przypadkowy widz, może być zaskoczony.

Kinową salę wypełniają kobiety. Bilet droższy niż zwykle, ale chętnych nie brakuje. Cena nie jest podyktowana tylko przedpremierowym pokazem filmu. Przed seansem upominki, konkursy i … niespodzianka: zatańczą chippendales.

Ale nie o występie będzie mowa, a o reakcji.

Potrzebujemy 5 ochotniczek!
Na scenę wbiega ich nieco więcej. Kobietom się nie odmawia, więc wszystkie biorą udział w konkursie. Zadanie, ‘początkowo dla odważnych’  – trzeba zatańczyć, szybko przeradza się w konkurencję ‘bez wstydu’. Kręcenie biodrami, rytmiczne ruchy - to nie wystarczy. A skoro sytuacja tego wymaga, dziewczyny bez zastanowienia ściągają bluzki, podciągają spódnice. Kiepski striptiz, który określiłabym ‘żebraniem o spojrzenie’.
- Bardzo musi im brakować facetów - kwituje ktoś równie zaskoczony i zdegustowany, jak my. Problem polega na tym, że to wcale nie same ‘zdesperowane’.
Co więc się stało? Gdzie podziała się kobieca nieśmiałość, delikatność? Nie wierzę, że została w domu. Ta niesmacznie rozentuzjazmowana obecnością chippendalesów grupka, to przedstawicielki nowej – wybaczcie Panie, moim zdaniem gorszej – kategorii kobiet. To o Was, Lady Pank śpiewa „Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą […] Naturę mają co raz bardziej samczą". Tyle, że ten 'nie byle kto', oznacza osobę sławną, przyciągającą kiczem i wyzwalającą w kobietach naturę, z prawdziwą kobiecością nie mającą nic wspólnego.

Na portalach społecznościowych, kobiecość oznacza tyle co: foch, lakiery do paznokci, rozróżnianie kolorów, których nie widzą mężczyźni. Nie zaprzeczę, że sama lubię buty, torebki, maluję paznokcie i dobieram dodatki do ubrań. Otoczka, to jednak nie wszystko, a raczej jedynie dopełnienie.
Siłą nie wdzieram się na scenę, by móc pożebrać o wzrok chippendalesów (w którym zapewne czai się politowanie) – w zasadzie takich spędów unikam, choć dzięki 'niespodziance' przeżyłam socjologicznie ciekawe doświadczenie.
Powtórki jednak nie potrzebuję. 

Nie ‘lajkuję’ memów zachęcających do podejrzliwości i przejęcia w społeczeństwie roli mężczyzny – ‘bo oni się do niczego nie nadają’. I mimo słabości do szpilek, zdecydowanie – w przeciwieństwie do przeszło 11 tysięcy dziewczyn – dostrzegam różnicę w przedmiotach i osobach mi najbliższych i nie zgadzam się, że „butów jak przyjaciół, nigdy za wiele”.

Aby jednak nie było zbyt konserwatywnie, to na koniec wyzwolony Milan Kundera:
„Nie każda kobieta jest godna tego, by nazywać ją kobietą.”
…czasem trzeba iść do kina, by zobaczyć, co pisarz miał na myśl!