czwartek, 12 września 2013

‘Sierpniowe niebo. 63 dni chwały’ - niezbędne hip-hop(owe) filtry

Uroczysta premiera w Teatrze Wielkim. Podziękowania i przemówienia wyjątkowo nie męczą. Widz nie ma wątpliwości, że to szczera radość twórców, z ukończonego dzieła, z filmu, który powstał, by naprawdę oddać hołd.
Ale do rzeczy!
Mimo wspomnianej atmosfery, zdecydowałam się nie ściągać przygotowanych wcześniej okularów. Zwiastun ‘Sierpniowego nieba’, wiele mi zdradzał.  Czułam, że film będzie taki jak współtworząca tytuł piosenka ’63 dni chwały’ Hamp Gru – emocjonalny, prawdziwy, momentami podany wprost.

Na początek jednak to, co dobre.
Reżyser – Ireneusz Dobrowolski – wielokrotnie podkreślał, że ten film ma dla niego wymiar osobisty. To miał być hołd złożony powstańcom, wśród których był także jego ojciec. Twórcy jednak stanęli na wysokości zadania i dali głos także przeciwnikom sierpniowego zrywu. Wątpliwości i pretensje wypowiadane są ustami cywilów. Co ważne, nikt nie stara się wzbudzić niechęci widza do tych postaci. Zresztą to też bohaterowie - ludność walczącej stolicy. I tu naprawdę duży plus dla reżysera.

Z lekkim zawstydzeniem muszę przyznać, że Dobrowolski, swoim filmem, przebudził mnie z pięknego, powstańczego snu. Formalnie oczywiście wiem jak ciężki i straszny to był czas. Rozbrzmiewające jednak na ulicach stolicy piosenki o tym, że ‘warszawiaki fajne chłopaki są’, czy że trafionemu kulą należy się buziak od panny, sprawiły że jakoś  to powstanie mi się spopkulturyzowało.
W samej powstańczej popkulturze, nie ma oczywiście nic złego. W końcu tylko tak da się dotrzeć do świadomości wielu Polaków. Jednak dzięki ‘Sierpniowemu niebu’, przypomniałam sobie, że to była wojna. Bezwzględna, niesprawiedliwa i wymagająca wielkiej odwagi.  W drugiej kolejności, część tej zasługi na pewno należy się autorowi zdjęć (Romuald Lewandowski). To przebudzenie zawdzięczam jednak przede wszystkim archiwalnym filmom, kręconym w czasie powstania.

Mniejszy zachwyt


‘Sierpniowe niebo’ to w zasadzie trzy światy. Pierwszy ten współczesny. Drugi przenoszący nas do czasów wojny i roku 1944, ale fabularny. I trzeci, to wspomniane już, filmy archiwalne. Znane są w historii kina, doskonałe przykłady łączenia różnych światów w harmonijną całość. Film Dobrowolskiego, niestety do nich nie należy. Odczuwałam pewien chaos na ekranie.

‘Sierpniowe niebo’ razi

Chaos na ekranie, mógłby się obronić argumentem, że film skierowano do widza inteligentnego, znającego historię. Niestety tę tezę musimy obalić. Chociaż rzeczywiście twórcy wymagają od widza podstawowej wiedzy, to inteligencji już nie. Jeśli nie zrozumiemy przekazu za pierwszym razem, będziemy mieć jeszcze kilka okazji. Co jeśli jednak informacja zostanie odczytana? Będziemy po prostu drażnieni, dobitnym tłumaczeniem. Nie wystarczy fragment roztrzaskanej – w czasie egzekucji – kapliczki. Niezbędny będzie jeszcze pełny kadr i przytrzymanie obrazu.
Wyjątkiem jest tu grób Biruta na Powązkach. To ujęcie i tę metaforę warto odnotować.


…i czasem nawet boli

Dla człowieka wychowanego na teatrze telewizji, niewiele jest tak bolesnych rzeczy na ekranie, jak amatorskie aktorstwo. Dobrowolski zgromadził na planie wiele znakomitych nazwisk. W filmie pojawiają się także nowicjusze, u których trudno dopatrzeć się talentu. Tym bardziej więc różnica jest odczuwalna. Anna Romantowska i Łukasz Konopka zdecydowanie trzymają poziom. Ukojenie przynosi Krzysztof Kolberger i Jerzy Nowak... ale już kilka sekund później następuje powrót do amatorskiej rzeczywistości.

Iść, czy nie iść?

Po pierwsze założyć odpowiednie okulary. Film, którego zwiastunem jest piosenka grupy hip – hopowej, to inna kategoria niż „80 milionów” czy „Obława”. Odpowiedni filtr pozwoli nam przymknąć oko na pewne mankamenty, które jednak właśnie z tym klimatem są spójne.

Po drugie warto przypomnieć sobie, że Powstanie Warszawskie, to nie tylko nowoczesne muzeum, dobre rockowe piosenki i przejmujące wycie syren. Gwarantuję, że w kinowym fotelu znów pochylicie czoła przed warszawską młodzieżą.

Po trzecie i najważniejsze. Dawno w polskich kinach nie było filmu historycznego, którego twórcy nie modyfikowaliby historii na swoje potrzeby. Ireneusz Dobrowolski mimo, że do powstania ma stosunek bardzo osobisty, naprawdę starał się opowiedzieć  jak było – a nie przedstawił swoje pobożne życzenie. Przede mną wtorkowy pokaz Wałęsy wg Wajdy, dlatego przywiązuję do tego taką wagę.

A i jeszcze odpowiedź na pytanie .... ‘Iść’. Chociaż jeden raz, zdecydowanie wystarczy.

Podzielam zdanie, że 'warszawiaki fajne chłopaki są'. I mam nadzieję, że te warszawiaki (i chłopaki i dziewczyny), doczekają się filmu, na miarę ich wielkości, bo to sierpniowe niebo nad stolicą było naprawdę wyjątkowe...


czwartek, 5 września 2013

Młody PiSie nie tędy, nie tędy. Zapraszamy do wspólnej gry.

Żołnierze Wyklęcie to moja słabość szczególna (tym,  którzy nie są w stanie tego rozumieć proponuję kawę i umiarkowanie długie Polaków rozmowy, tu nie miejsce i czas na to). Dlatego, kiedy przyszedł mail z informacją, że Federacja Stowarzyszeń Weteranów Walk o Niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej złożyła oficjalny wniosek o  przyznanie Witoldowi Pileckiemu stopnia pułkownika – uśmiech sam pojawił się na twarzy.

Dość długo informacja była trzymana w tajemnicy. Wszystko po to, by wypłynęła w odpowiednim czasie. Takim, w którym media uznają ją za ważną, podadzą dalej, nagłośnią. Czuliśmy, że to doskonała okazja, by dotrzeć do tych, którzy jeszcze o wielkich bohaterach nie słyszeli. Weterani  załatwiali formalności dokładnie i skrupulatnie. My planowaliśmy akcję od strony medialnej.
I tu znowu coś, co nie do końca jest dla wszystkich zrozumiałe. Lubimy być potrzebni starszemu pokoleniu. Poza okazywanym szacunkiem i uznaniem, chcemy podkreślać ciągłość pokoleniową i czerpać naukę.

Czwartek. Godzina 6.30. Nie było mowy o włączeniu ‘drzemki’.
Notka prasowa. Informacja na portalach społecznościowych.
‘Pilecki Pułkownikiem?! – Weterani złożyli oficjalny wniosek’ – ‘wyślij’
Nazywamy ten moment ‘przywracaniem pamięci’.

Tym razem występowaliśmy nie tylko w swoim imieniu, ale przede wszystkim w imieniu Weteranów. Signum Temporis wymienione na końcu notki, to wcale nam nie przeszkadzało. To był Ich pomysł, Ich akcja. A my przykładaliśmy rękę do czegoś wielkiego – to i tak wyróżnienie.

Chwilę później PAP podaje, że dziś Forum Młodych PiS organizuje konferencję, w czasie której złoży oficjalny wniosek o awans rtm. Pileckiego na stopień generała.

Zrobił się spory bałagan. Media nieco zdezorientowane nie mogły się zdecydować o czym pisać, co nagłośnić.
„Skoro dwie grupki czegoś chcą, to poczekajmy aż się dogadają.”
„A co to za news z tym Pileckim, jak tamci mają inny pomysł niż ci”
„To już się nie mogli dogadać, co do stopnia chociaż”
"Młodzi się ścigają z weteranami. Wiadomo kto szybciej biega"
….
Nie chcę drodzy Panowie (i Panie – nie wiem jaki macie skład osobowy) zastanawiać się, dlaczego taki pomysł przyszedł Wam do głowy, tuż po tym, gdy wniosek (02.09) złożyli Weterani.
Nie będę pytać, czy pominięcie pułkownika i przeskoczenie do generała, miało przyćmić pomysł Weteranów.
Nie chcę się nawet zastanawiać, czy to rzeczywiście był wyścig, o to kto (Wy czy Weterani) dopisze sobie pułkownika czy generała Pileckiego - do swoich zasług.

> Cel był ten sam.
> Wartości się zgadzają.
> Idea jest jedna.
Jeśli są to zdania prawdziwe, nie tylko w sensie logiki matematycznej, to może warto zagrać razem?
Do jednej wspólnej bramki. Tak jak grali oni – Żołnierze Wyklęci.
Bramkę łatwo rozróżnić po barwach.
Będziemy na boisku.
Zawsze jesteście mile widziani.
Tylko uwaga na samobóje… 

środa, 4 września 2013

Żonę/męża prosimy zdradzać spektakularnie - będzie nagroda!

Misyjność telewizji publicznej, to od lat oksymoron (taki żywy trup, czy lodowaty wrzątek). Tym razem jednak, zamarli nawet ci widzowie, którzy przywykli do ambitnych filmów emitowanych po północy i Dody zasiadającej w jury jednego z programów.

Jeden z najbardziej znanych polskich seriali (a może najbardziej znany – szkoda mojego czasu na poszukiwanie statystyk) świętował swój tysięczny odcinek.

Poniedziałkowa gala w Teatrze Polskim „1000 razy M jak Miłość” zgromadziła przed telewizorami fanów telenoweli, ale też przypadkowych gapiów, którzy przełączyli się z innego tasiemca (produkowanego przez TV informacyjne) czyli  z procesu mamy małej Madzi.

Było odświętnie, uroczyście, z przepychem i deprawująco!

A to wszystko za sprawą nagród, którymi obdarowywano się wzajemnie. Rozumiem, że w przypadku serialu, który ma ‘miłość’ w tytule, wśród kategorii pojawił się 'pocałunek', 'młoda para', nawet 'kłótnie' rozumiem (nagradzano oczywiście te ‘naj’).  

‘Najbardziej spektakularna zdrada’ nie mieści się jednak w moim zakresie tolerancji .

Kryształowe serce – bo takie przysługuje, gdy zdradzimy żonę/męża (ale musi być z przytupem!) – wręczali aktorzy z innego serialu: Katarzyna Zielińska i Jacek Rozenek. Na ich twarzach dostrzegłam zażenowanie – ale możliwe, że po prostu chciałam je tam widzieć. On właśnie rozwiódł się w towarzystwie kolorowych gazet. Ona stanęła na ślubnym kobiercu (w tych samych gazetach) i pewnie na razie na zdradę nie ma ochoty.
Jednak żarty na bok. Ambitne kino w nieprzystępnej porze. Mało bystra gwiazda w jury tandetnego programu. To już i tak dużo. Ale gloryfikacja zdrady…(przesada – wydaje się być słowem zbyt delikatnym).

Wiem, ze telenowele są ‘życiowe’ – więc zdrada być musi. Można ją jednak potępić, a można dawać przyzwolenie i nagradzać.
Jak powszechnie wiadomo, fani tasiemców, za wzór stawiają sobie serialowych bohaterów. Pytanie, do czego więc namawia się wielbicieli M jak Miłość, wydaje się być retoryczne. 
W serialach tkwi ogromna siła. Twórcy mogą nakłonić widzów (a więc tysiące, a raczej miliony Polaków) do profilaktycznych badań nowotworowych, pomocy ubogim, czy reagowaniu na przemoc wobec zwierząt. Równie łatwo mogą jednak promować patologię i deprawować społeczeństwo.

Możliwe, że telewizja publiczna jednak ma misję i nawet ją realizuje.
Oby tylko nieskutecznie… bo kto weźmie odpowiedzialność za rozbite rodziny?
Twórcy "M jak Miłość" wydają się być na to za mało odpowiedzialni...

PS. Facebookowy profil "Wierność jest sexy" liczy sobie przeszło 40 tysięcy fanów. Do 'lajkowania' zapraszamy też widzów telewizyjnej dwójki :)

środa, 28 sierpnia 2013

Z wakacji w Egipcie rozgrzesz mnie Panie…

Dzisiejsza Rzeczpospolita w artykule „MSZ wzywa Egipt by chronił chrześcijan” cytuje eksperta Tomasza M. Korczyńskiego z  Open Doors, który twierdzi, że oddziaływać na Egipt, można tylko turystyką, a dokładnie bojkotem wakacji (Polacy są w trójce najliczniej wylegujących się na egipskich plażach).

O tym co działo się w Egipcie na początku sierpnia donosił mi Twitter. Nawet w czasie wakacyjnego błogostanu warto nie tracić kontaktu z rzeczywistością. Mój wypoczęty i zrelaksowany umysł, mimo wszystko doinformowany, nie był w stanie pojąć tego co zastał w kraju.

Pierwszy dzień po urlopie w pracy i pierwsze osobniki  na szklanym ekranie. Zadowolone, spakowane tak by nie przekroczyć 20 kg, mówią że się nie boją, że lecą, że tam podobno coś się dzieje, ale oni nie wiedzą dokładnie co, a wycieczkę kupili, zanim w ogóle ktoś coś o tym mówił. 
Tak dość chaotycznie zaprezentowali się moim oczom polscy turyści.  

W mózgu zakołatało pytanie: tacy odważni czy tacy głupi? –  ale wcale nie pojawiło mi się jako primo. To było moje 'po drugie primo'. Po pierwsze i najważniejsze, zastanawiam się jak można sączyć (choć to chyba złe określenie, kiedy alkohol serwowany jest bez ograniczeń) drinki, ze świadomością, że tuż obok rozgrywa się ludzki dramat? 

Ktoś z turystów rzucił do kamery, że on nie wie dokładnie co tam się dzieje, że jakieś kartony płoną. 
To tłumaczenie wcale do mnie nie przemawia. Już studenci I roku studiów humanistycznych, z książki Aronsona dowiadują się, że tak działa nasza psychika (tłumaczy sobie każde zdarzenie tak, by automatycznie wykluczyć naszą winę lub możliwość bycia na miejscu ofiary). 

Jeszcze bardziej pogrążający osobników-około-ludzkich (nie wiem jakie jest naukowe określenia na człowieka bez sumienia) był argument, że w kurortach jest bezpiecznie, że tam nie ma godziny policyjnej.
Jeśli ‘po prostu ludzie’ zabijani na ulicach, to za mało, by zdecydować się na bojkot, by powiedzieć stanowcze nie i stracić 2 tysiące złotych. To może pięknie opalony na egipskich plażach katolik poczuje dziwny wyrzut sumienia, gdy w czasie niedzielnej mszy świętej na słowa ‘módlmy się za prześladowanych chrześcijan’ odpowie ‘wysłuchaj nas Panie’.

Podpalane kościoły, niszczone sklepy i szkoły, prowadzone przez chrześcijan. W końcu też pada ostrzeżenie ‘albo opuścicie miasto do piątku albo zginiecie’. Polacy pokiwali głowami i zadumali się nad brutalnością tego świata, wyszukując jednocześnie olejek do ciała z filtrem.

Dzisiejsza Rzeczpospolita w artykule „MSZ wzywa Egipt by chronił chrześcijan” cytuje eksperta Tomasza M. Korczyńskiego z  Open Doors, który twierdzi, że oddziaływać na Egipt, można tylko turystyką, a dokładnie bojkotem wakacji (Polacy są w trójce najliczniej wylegujących się na egipskich plażach).

Na bojkot polski naród zdecyduje się, gdy zacznie bać się o własne bezpieczeństwo. Ale nie jesteśmy wcale obojętni na ludzką krzywdę! Mordowani w Egipcie chrześcijanie mogą liczyć na naszą modlitwę – chrześcijan z Polski. Może nawet kilka złotych wrzucimy na jakieś dary, gdyby to było potrzebne. Ale z zimnego drinka w krainie faraonów, wybaczcie, nie zrezygnujemy...zapłaciliśmy.





Mój patriotyzm - ani ckliwy, ani tandetny

Patos - samo słowo już powoduje u większości grymas na twarzy. Występuje niemal nierozłącznie z określeniem 'tandetny'. Dobrze uzupełniają je 'ckliwe wzruszenie'. I nieważne jakie te nasze wzruszenia są i jaki ten patos jest, już z założenia wszystko zostało umieszczone w worku z napisem  'tandeta i ckliwość - podlega wzmożonemu recyclingowi'.

Ostatnio - kiedy kolejny raz - wysłuchałam piosenki "Generał Nil" - Tadek Firma Solo, sama wpadłam w tę pułapkę. Fragment "na baczność stała cela, gdy wychodził ze spokojem - Fieldorf Nil bohater trzech wojen", ścisnął za gardło. Przed oczami stanęła mi scena z filmu, na której ze spokojem, dostojnie, na śmierć, idzie jeden z największych polskich bohaterów. A pobici, poranieni, wygłodzeni, psychicznie zmaltretowani więźniowie - w jednej sekundzie - stają na baczność. Rzeczywiście, kroczył dowódca Kedywu, należało więc salutować. To jednak coś więcej, niż żołnierskie honory.

Od zakończenia wojny minęło prawie 8 lat (był rok 1953). Wielka przegrana, wielkie rozczarowanie, straszna okupacja - co innego mogli czuć więźniowie w celi, skazani za walkę o niepodległą Polskę? Mimo wszystko, tym jednym gestem, tymi wyprostowanymi jak struna plecami - pokazali wierność ideałom, które towarzyszyły im każdego dnia wojny.
Od ściśniętego gardła, niedaleka droga do rozumu, który zapisał to jako tanie wzruszenie do tekstu jakiejś tam piosenki. Na szczęście wspomnianemu rozumowi udaje się czasem wyjść poza narzucone schematy. Podniósł się więc wewnętrzny sprzeciw, bo niby dlaczego człowieczeństwo okazujemy wzruszając się i bulwersując zarazem, gdy na Facebooku, ktoś zamieści zdjęcie skatowanego, przez zwyrodnialców, psa. A tanim wzruszeniem staje się grupa skatowanych więźniów, salutująca swojemu dowódcy, idącemu z podniesioną głową, na śmierć?

Utwór "Generał Nil" Tadek Firma Solo, traktuję teraz jak przebudzenie.
Choć patos, który mnie wzrusza, jest dokładnie taki jak kiedyś - to skreśliłam słowa ckliwe (przy wzruszeniach) i tandetny (przy patosie). Czuję dumę widzą łopoczącą na wietrze biało-czerwoną. Uśmiecham się do siebie, gdy Oni wracani są pamięci, gdy 1 marca autobusy, po raz pierwszy wyjeżdżają na ulice z flagami, gdy kibice na trybunach oddają Im cześć, gdy tak jak dziś - IPN podaje nazwiska, odnalezionych w bezimiennych dołach śmierci. Serce bije mi szybciej, gdy na ekranie mojego telewizora Inka krzyczy "Niech żyje Łupaszko, niech żyje wolna Polska!".

Przymiotników ckliwy, kiczowaty, tandetny, do wszystkiego co narodowe i polskie, upatruje w latach PRLu i sztucznym wyznawaniu miłości do władzy ludowej. W wolnej Polsce, której karty historii pełne są wielkich bohaterów i przyspieszających bicie serca czynów, te określenia zostawiam sobie do emocji, które wywołują u mnie amerykańskie filmy.

A plan, że swoją córkę nazwę Inka (na cześć jednej z wyklętych dziewczyn), nie ma z tymi przymiotnikami nic wspólnego.

Dla Państwa - znaczy dla nikogo

Kończą się wakacje, a więc powrócą doniesienia o kolejnych nagrodach, jakie przełożeni wypłacają urzędnikom. Tuż przed sezonem ogórkowym obszernie pisała o tym Rzeczpospolita. Społeczeństwo czyta i nie dowierza  Biorąc pod uwagę urzędnicze pensje, przywileje przysługujące pracownikom administracji, których nie świadczą prywatne firmy, większość z nas rzeczywiście może mieć poczucie niesprawiedliwości.

Na początku pojawia się pytanie, dlaczego przełożeni tak rozpieszczają swoich podwładnych. Tu odpowiedź jest prosta. Wyobraźmy sobie, że mamy pod sobą sztab ludzi. To od nich zależy, jak szybko i z jakim efektem realizowane będą nasze rozporządzenia, a co za tym idzie, jak skuteczne okaże się nasze rządzenie. Urzędnicy mają swoje procedury. Mogą je przeciwko 'górze' wykorzystać. Nie tyle odmówią wykonania zadania, co po prostu spowolnią jego realizację. Nie naruszając żadnych zasad mogą wejść w tryb 'włoskiego strajku'. Skoro więc przełożonym zależy, to nagradzają - często nieadekwatnie do wyników pracy, czy zasług.

Nie muszą tego robić pracodawcy prywatni. Mają większą kontrolę nad pracownikiem i więcej praw wobec niego, w swojej firmie, to oni w znacznej mierze ustalają reguły. Tu raczej stawia się na wpojenie pracownikowi, że marka dla której pracuje, zasługuje na poświęcenie, na zaangażowanie. Wydawałoby się, że w przypadku pracy dla Państwa, jest to zbędne...

Zatem urzędnicy, takiej motywacji potrzebować nie powinni. Niestety comiesięczna pensja nie wystarcza, by zmobilizować wielu z nich do rzetelnej pracy, bo kim to Państwo jest?

I to kolejna pamiątka jaką PRL zostawił w umysłach Polaków i jaką oni w spadku przekazują nam, młodemu pokoleniu.
Rodziców nikt nie nagradza, za dobre wychowanie dziecka, bo dla nich pociechy są na tyle ważne, że nie potrzebują by ktoś ich mobilizował do wychowawczej pracy. Państwo jednak traktujemy, jako jednostkę obcą. Tak było przez lata komunizmu, kiedy utożsamiano je z władzą, niechcianą i narzuconą, która o obywatela nie dba. Co więcej, która tego obywatela wykorzystuje, a w dodatku ogranicza jego podstawowe prawa.
Po 1989 roku wiele się zmieniło. Dobro Państwa, to dobro nas wszystkich, bo w końcu Państwo stało się Ojczyzną. My jednak mentalnie wciąż taktujemy je jako 'obcego'.  By coś dla tego kraju zrobić, a niestety często by zwyczajnie nie przeszkadzać (prowadząc włoski strajk), potrzebne są nagrody.

Najwyższy już czas chyba, potraktować Państwo, jak Ojczyznę, a Ojczyznę jak matkę. Łatwiej wtedy będzie pracować. Na razie niestety patrząc na wypłacane premie, mamy wrażenie, że urzędnicy dostają odszkodowanie za to, że akurat na nich padł obowiązek pracy dla kraju.

Obawiam się, że my (młode pokolenie właśnie zaczynające pracę) z takim samym nastawieniem i stosunkiem do kraju, będziemy w to poważne życie wchodzić. No chyba, że ktoś nam pokaże, że to już nie PRL, że Państwo to nie jest komunistyczna partia, a rzecz wspólna ...chciałby się powiedzieć Rzeczpospolita.

niedziela, 7 lipca 2013

Ciemnogród na stadionie - relacja w LemingTV

Ciemnogród najechał nam stolicę!!!
Zapłacili 40 zł!!!
O zgrozo! Ludzie przyszli tam interesownie!!!

Tak o sobotnim wydarzeniu informują w największym skrócie media dla lemingów – to określenie samego dyrektora stacji, a nie moja nadinterpretacja.
Jak zrobić materiał, żeby był zgodny z poglądami twórcy (czy jego przełożonych) – to wie każdy dziennikarz. Sprawa jest mało skomplikowana, więc nie będę wyrażać uznania, że się autor nagimnastykował.

Wyrosłam już też z bulwersowania się, że ktoś tworzy rzeczywistość, a nie ją opisuje. Naiwnie nie dostrzegam w tym braku przygotowania, czy ignorancji w stosunku to tematu.
Tworzenie rzeczywistości. Wmawianie ludziom, że tak wygląda świat. Nakłonienie ich, by do tego świata się wpisali – to zabieg tak popularny, że nawet gdy słyszę, że białe jest różowe, nie wierzę że mam do czynienia z kimś, kogo nie było w szkole, jak omawiali kolory, ale z kimś kto chce z białego różowy zrobić i taką oto strategię sobie wybrał.
Kiedy powie się wszystkim rozróżniającym kolory, że są w mniejszości i źle widzą, to w końcu jedni uwierzą - bo przecież większość nie może się mylić (sic!). Inni zachcą być w tej większości …no i białe będzie różowe.

Tym razem jednak komentator mnie uwiódł i uwierzyłam w jego …żeby tak zgrabnie napisać … brak zdolności rozumienia świata i niedoinformowanie.
Artur Sporniak, publicysta Tygodnika Powszechnego  – taki tygodnik, co kiedyś był katolicki, a teraz nikt nie wie o co mu chodzi – obnaża motywy ciemnogrodu, który na stadion tak tłumnie przybył. Otóż „tym ludziom chodzi o cuda!” – co oznacza, że tłum jest interesowny i to ma nas zgorszyć.

A szanowny publicysta o relacji Bóg – człowiek słyszał? Wie, że to relacja ojciec – dziecko?
To niech sobie teraz wyobrazi, że ma tatusia, który może wszystko, a w dodatku kiedyś powiedział do dziecka, że jeśli będzie prosić – to dostanie. I co, Pan Publicysta by nie prosił? Z problemami by do tego tatusia nie przyszedł?
Po wypowiedzi, możemy wnioskować, że nie. Nie wiem, czy taki dzielny ten Pan, czy taka Zosia-samosia.

Jeśli ktoś śmieje się sam (i tylko on) ze swojego żartu, to jakby na Facebooku lajkował swój własny post. Takie ‘Lubię to” przyznaje sobie Artur Sporniak za komentarz:
„Cudowne uzdrowienia – piątek – godzina 18”.
Wtóruje mi drugi komentujący, z Gazety Wyborczej. Jak to na Jana Pawła II przychodzili, tak po prostu – a cuda były, ale przy okazji. A tu tak interesownie.

Ten drugi też mnie uwiódł, też uwierzyłam, że nie wie o co w tym wszystkim chodzi. Ostatecznie mam jednak przeczucie, że znów dałam się nabrać i zastosowana została taktyka ‘tworzenia rzeczywistości’ – ale co tam, śpieszę z wyjaśnieniem, tylko to może być dla Was szok, panowie redaktorzy.
Ten ciemnogród, który w liczbie przeszło 60 tysięcy zgromadził się w sobotę na stadionie, nie przyszedł tam dla ks. Johna Bashobory. Im chodziło ….UWAGA! …. o Jezusa!

Ani Ugandyjczyk, ani nawet Jan Paweł II – nie przyciągali tłumów sobą, ale swoją relacją z Bogiem. Kiedyś – drodzy komentatorzy – ale to było już naprawdę dawno, więc możecie nie pamiętać – Jezus posłał w świat swoich uczniów. Tamci już nie żyją, ale są kolejni. Na jednego z nich mówimy nawet – następca Świętego Piotra.

Dla chrześcijanina, na co dzień zabieganego, zajętego sprawami przyziemnymi -  ważne jest obcowanie z ludźmi, którzy swoje życie poświęcają na zrozumienie tego, co mówił do nas Jezus (chodził kiedyś po ziemi). Została po tym książką, wśród katoli nazywana Biblią lub Pismem Świętym, można natrafić też na określenie Nowy Testament.

Szczególnie Panów Redaktorów rozbawiają uzdrowienia. I znów muszę rozczarować … to nie ks. Bashobora uzdrawia, to nawet nie Jan Paweł II. Bez Boga, ale też bez wielkiej wiary w Niego – nic by nie zrobili. A nam zazwyczaj brakuje właśnie tej wiary. Nie jest to powód do wstydu, bo Mojżeszowi – żył jeszcze dawniej niż Jezus, więc możecie nie kojarzyć – też się to zdarzyło . I dlatego potrzebujemy, by ktoś nas do Boga zbliżył – poprzez modlitwę .. bo tym głównie zajmowało się zgromadzone na stadionie 60 tysięcy ludzi.

Muszę Was drodzy atakujący i obśmiewający wiarę ciemnogrodu ostrzec. Z nami to jest tak, że im bardziej napieracie, tym my mocniej manifestujemy i wierzymy. Jak się jeszcze bardziej będziecie napinać, to Góra przyśle kogoś na kształt ks. Popiełuszki, kard. Wyszyńskiego czy papieża Jana Pawła II i wtedy sami sobie będziecie winni.
Czy ja Wam grożę?
W żadnym wypadku. Po prostu informuję, że szkoda Waszej energii i tylko tyle.
My-katole, to mamy taką zasadę, ‘zło dobrem zwyciężaj’ więc o groźbach mowy nie ma. W sumie, końcowy efekt mógłby być taki, że bylibyście zadowoleni.